(PL) Województwo opolskie cz.1

Sławięcice – być może najciekawsze miejsce na Opolszczyźnie.

Sławięcice, wojewodztwo opolskie

Belweder w Sławięcicach
Belweder w Sławięcicach

Co ja tam mogę wiedzieć o województwie opolskim prawda? Istnieje w nim całe mnóstwo ciekawych i znanych atrakcji. Przecież jest zamek w Mosznej albo pałac w Kopicach, które są turystycznymi wizytówkami województwa. To gdzie ja tu wyskakuje z jakimiś Sławięcicami? Wysłuchacie mnie jednak do końca, a przekonacie się, że wcale nie bredzę i ta dzielnica Kędzierzyna – Koźla ma całkiem sporo do zaoferowania.

Miejsca, po których podróżuje można podzielić tak z grubsza na dwa rodzaje. Pierwsze to takie, które po przyjeździe wywołują we mnie myśl “w internecie wydawało się ciekawsze”, a drugie, jak się już pewnie domyślacie, wywołuje reakcje zupełnie odwrotną, czyli niepohamowany zachwyt. Sławęcice wymykają się tej klasyfikacji i nie należą do żadnej z tych grup. Są trochę niczym wytrawny pokerowy gracz, nie pokazują od razu wszystkiego, co mają i trzeba wejść “all in”, żeby poznać wszystkie ich sekrety.

Trafić tu jest dość łatwo, możecie pokonać trasę z Opola w mniej niż godzinę lub z Katowic jeszcze szybciej. Żadna wiedza tajemna nie jest tu wymagana, wystarczy ustawić w nawigacji miejscowość i jechać głównymi drogami. Pomimo niedalekiego sąsiedztwa dużych miast tłumów turystów tu nie uświadczycie. Ja byłem w czerwcową sobotę i poza kilkoma tubylcami, którzy wskazali mi drogę, nikogo nie spotkałem. Z tego powodu nie ma problemów z zaparkowaniem samochodu, co bywa kłopotliwe w popularnych turystycznych miejscowościach. Miejsca jest dużo, a chętnych mało, dlatego zostawiłem swoje cztery koła w szerokiej zatoczce i ruszyłem spacerem do pierwszego celu.

Zniszczone zabudowania
Zniszczone zabudowania

Pawilon ogrodowy, lub inaczej Belweder to pierwsze i jak mi się na początku wydawało najciekawsze miejsce, które chciałem tu odwiedzić. Myślałem jednak, że przyjdzie mi zobaczyć je tylko z daleka, ponieważ na mapach budowla wygląda, jakby stała na środku pola i nie prowadziła do niej żadna droga. Nie mam w zwyczaju niszczyć czyichś upraw, więc zabrałem ze sobą teleobiektyw, żeby robić zdjęcia z daleka. Jednak już na tym etapie spotkało mnie zaskoczenie, bo na polu rosła tylko trawa, którą w dodatku ktoś skosił, dzięki czemu dostęp do budynku jest bardzo łatwy. Niestety na tym łatwość dostępu się kończy, bo faktycznie możemy podejść pod sam pawilon – i mówię tu dosłownie, możemy wejść między cztery wieżyczki i znajdować się pod sklepieniem – ale dalej się nie da. Budynek posiada wejście w jednej z wież, ale jest ono zamknięte solidną kratą. Dla turysty to źle, ale dla samego wnętrza raczej dobrze. Sądząc po tym jak zdewastowana jest mozaika na podłodze pod budynkiem, można tylko sobie wyobrazić co stałoby się z wnętrzami, gdyby były otwarte dla wszystkich. Sam pawilon dzięki swojej symetrii jest bardzo fotogeniczny, praktycznie sam idealnie komponuje się w zdjęcia, z której strony by go nie uchwycić. Po około 30 minutach karty pamięci w kamerze i aparacie były odpowiednio zapełnione wspomnieniami tego miejsca, więc ruszyłem dalej, a daleko iść nie musiałem.

Przy samym pawilonie znajduje się bardzo charakterystyczne PGR – owskie osiedle. Pod jednym z typowych dwupiętrowych bloków starsza pani robiła coś w małym ogródku. Podszedłem do niej i zapytałem – czy wie, którędy dojdę do mauzoleum. Wiedziała. Do grobowca rodziny Hohenlohe-Ingelfingen prowadziła około 400 – metrowa ścieżka. Gdy już odchodziliśmy emerytka nas upomniała:

“Tylko nie wchodźcie do środka”.

“Nie wejdziemy” powiedziałem,

“Zobaczymy” pomyślałem.

Jako człowiek, który cierpi na lekką hipochondrię nie lubię tego rodzaju ścieżek. Wystarczy, że przejdę taką kilka metrów i wyobrażam sobie, że jestem cały w kleszczach i zginę marnie z boreliozą lub innym zapaleniem. Niestety takie są uroki eksploracji mniej popularnych i tym samym nieprzygotowanych pod turystów miejsc, więc parłem przed siebie po cichu mający nadzieję, że w przeciwieństwie do mnie, producent kleszczozolu, którym się popsikałem, wiedział, co robi. Mauzoleum było tam, gdzie być miało. Pomimo, że nie zachowało się tak dobrze jak belweder i nie ma tu za wiele do oglądania, to jednak zrobiło na mnie wrażenie. Każda opuszczona budowla, która znajduje się w środku lasu ma swoją atmosferę tajemniczości i roztacza wokół siebie jakąś taką niepokojącą aurę i ta też miała. W tym miejscu Sławięcicka przygoda mogłaby dobiec końca, ale okazało się, że tak naprawdę dopiero się rozkręca.

Mauzoleum rodziny Hohenlohe-Ingelfingen
Mauzoleum rodziny Hohenlohe-Ingelfingen

Przed każdą mniejszą lub większą wycieczką sprawdzam dokładnie kilka internetowych map, żeby wiedzieć mniej więcej, czego szukać i nie pominąć żadnych ciekawych miejsc. Nie inaczej było w tym wypadku, dlatego też wiedziałem, że w okolicach są jakieś bunkry. Później wiedziałem już, że „jakieś bunkry”, to jest spore niedoszacowanie, ponieważ znajduje się tu wielohektarowy kompleks schronów, ale po kolei. Na dziś miałem zaplanowane zwiedzenie więcej miejsc, więc dla zaoszczędzenia czasu, zamiast przejść pieszo, to, przejechałem dystans około dwóch kilometrów. Auto zostawiłem gdzieś między leśniczówką a jakimś zakładem. Tym razem nie musiałem już nikogo zagajać, żeby spytać drogę, bo ktoś pierwszy się do mnie odezwał. „Szukasz bunkrów”. Nie było to nawet pytanie, facet po prostu wiedział, po co tu jestem. Być może to przez moje oblicze emanujące rządzą przygody, a być może przez spodnie moro, wojskowy plecak i tablice z innego województwa. Człowiek z zakładu powiedział mi co tu jest i jak tam dojść i muszę przyznać, że było zdecydowanie więcej, niż się spodziewałem. Najpierw szedłem około kilometra leśną drogą, przy której co kilkadziesiąt metrów znajdował się jeden lub kilka bunkrów typu jajo. Nie liczyłem ich, ale myślę, że było ich powyżej 20. Później, po jedynym zakręcie, który miałem przejść, doszedłem do centrum kompleksu, gdzie oprócz schronów przeciwlotniczych, były też podziemia szpitala. W niektórych bunkrach zachowały się jeszcze niemieckie napisy. Eksploracja tego wszystkiego zajęło mi prawie godzinę, nie licząc drogi, a to tylko dlatego, że już trochę spieszyłem. Myślę, że spokojnie można spędzić tu kilka godzin i się nie nudzić. Wejście do jednego schronu jest jakieś dwa metry nad ziemią, więc trzeba się trochę wspiąć, w innym znowuż trzeba przykucnąć i iść pochylonym. Dla entuzjastów turystyki militarnej będzie to naprawdę ciekawe miejsce.

Schron jajo
Schron jajo

Zwiedzanie kompleksu opisuje w lekkim przygodowym tonie, jednak należy pamiętać, że wojna to wielka tragedia wielu milionów ludzi. Wchodzą w kolejne miejsce, które sąsiaduje ze schronami, traci się pogodny nastrój i zostaje się przytłoczonym przez wyobrażenie okrucieństwa, jakie miało tu miejsce. Opuszczony obóz koncentracyjny Blechhammer był filią obozu Auschwitz-Birkenau. Po budowlach nie zostało zbyt wiele, jednak już to, co przetrwało do dziś potrafi przerazić. Wysokie mury i wieże wartownicze pokazują jak bardzo pilnowani byli więźniowie. W centrum znajduje się krematorium, do którego drzwi są zamknięte i tylko przez okna można zobaczyć znajdujący się w nim piec. Obóz nie ma żadnej współczesnej infrastruktury, poza tablicą, która w skrócie opisuje, co to za miejsce i jak kiedyś wyglądało. Każdy, kto tu przyjdzie jest pozostawiony sam ze swoimi myślami.

Miejsca które opisałem, uznałem za najciekawsze i najważniejsze w Sławięcicach, ale zdecydowanie nie jest to wszystko, co można tu zobaczyć. Bo na przykład, skoro jest tu pawilon ogrodowy, to musiał być i ogród. No i był. Pałac też był, chociaż nie zostało po nim co prawda zbyt wiele, jednak to, co jest ma pewien urok. Jest park, rzeka, przystań kajakowa i pewnie wiele innych ciekawych miejsc. Dlatego właśnie uważam, że jest to być, być może najciekawsze miejsce na Opolszczyźnie. Może nie ma tu monumentalnych budowli, wielkich pałaców czy zamków, ale jest sporo naprawdę interesujących miejsc z bogatą historią.